Biografia Dave Grohl'a
Urodził się 24 stycznia 1969 roku w miasteczku Warren w stanie Ohio. Na perkusji zaczął grać jeszcze w szkole średniej, a jego pierwszym zespołem była formacja o nieco idiotycznie przekręconej nazwie Dain Bramage (od "brain damage"). Była to typowo hardcore'owa grupa, która poza głośnym i szybkim graniem nie odznaczała się niczym szczególnym. Potem Grohl dość niespodziewanie znalazł się po drugiej stronie Stanów, czyli w stolicy Waszyngtonie. Tam wkrótce dołączył do bardziej profesjonalnego zespołu nazywającego się Scream (nie mylić z metalową grupą o tej samej nazwie działającą w Los Angeles). Ten złożony z 3 białych i jednego czarnego muzyka kwartet, grał również hardcore'a. Grohl nagrał z nim kilka albumów, zastępując poprzedniego perkusistę, Kenta Staxa. Grupa miała jednak coraz więcej problemów - kolejna trasa nie sprzedawała się najlepiej, a w końcu basista pognał za swą narzeczoną do Hollywood, zostawiając pozostałych muzyków na lodzie. W tej sytuacji oferta Nirvany była dla Grohla wybawieniem. Po oficjalnym przyjęciu go, niemal natychmiast przeniósł się do Seattle, gdzie zamieszkał w mieszkaniu Cobaina, za które zresztą płaciła jego matka. "Mieszkałem tam osiem miesięcy" - wspomina potem. "Gdy się wprowadziłem, Kurta rzuciła narzeczona i był całkowicie załamany. Potrafił godzinami siedzieć w małym schowku na buty i w ogóle się nie odzywać. Trwało to kilka tygodni. Gdy jednak pewnego dnia wracaliśmy furgonetką do domu, w pewnym momencie powiedział - "Wiesz, nie zawsze taki jestem". Oficjalny debiut Grohla w roli perkusisty Nirvany nastąpił 23 października 1990 roku podczas kolejnej trasy po Angli
DAVE GROHL - Gitara była w moim domu od zawsze, ale nauczyłem się na niej grać dopiero w wieku dziesięciu lat. Wszyscy mówili mi, żebym zaczął brać lekcje gry na tym instrumencie, bo mieli już dosyć słuchania "Smoke On The Water" w moim wykonaniu. Chodziłem na takie lekcje przez około rok, ale potem przestałem, bo stwierdziłem, ze w ten sposób nie nauczę się grać muzyki. W tym samym czasie próbowałem nauczyć się utworów The Beatles. Zawsze byłem dobry w graniu cudzych utworów ze słuchu. Wydawało mi się, że miałem to we krwi - moja matka jeszcze jako nastolatka śpiewała w jakimś zespole, a ojciec był całkiem niezłym flecistą. Gdy miałem 11 lat ja i mój najlepszy kumpel zaczęliśmy nagrywać różne kawałki na naszym szkolnym magnetofonie. Moją pierwszą gitarą elektryczną była Silvertone, którą dostałem na Boże Narodzenie. Miałem wtedy chyba 12 lat. Nie miałem jej zbyt długo, bo już na wiosnę była mocno połamana. Została zastąpiona przez kopię Memphis Les Paul. Wkrótce potem dołączyłem do zespołu moich kolegów z sąsiedztwa. Graliśmy covery The Who, Rolling Stones i innych gwiazd tego okresu. To był czas, kiedy zaczęły mi się podobać różne zniekształcone brzmienia. Wystąpiliśmy kiedyś w zakładzie dla rekonwalescentów, gdzie nagraliśmy "Time Is On My Side". Pamiętam, ze ludzie zaczęli nawet tańczyć. Gdy miałem 13 lat, razem z moją rodziną, jak co roku w lecie, pojechaliśmy do Evanston w Illinois odwiedzić moich kuzynów. Po przyjeździe zostałem przywitany w drzwiach przez moją kuzynkę Tracey. Ale to i nie była ta Tracey, którą zawsze znałem i kochałem - to była punk Tracey. W obcisłych spodniach, z postawionymi włosami i z zawieszonymi łańcuchami - było ich tak na oko około dziewięciu i metrów. To była najwspanialsza i najbardziej zajebista rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem. Kilka tygodni w Evanston na zawsze zmieniło moje życie. Byłem kompletnie zaszokowany undergroundem, fanzinami, niezależnymi wytwórniami i kapelami. Kolekcja płyt Tracey była nieprawdopodobna. Setki singli z całego świata. Szczególnie utkwił mi w pamięci mój pierwszy koncert w życiu -Naked Gun i R.O R.A. To było w lecie 1982 w Cubby Bear. Dla mnie tak właśnie wyglądał koncert rockowy, dopóki w wieku 19 lat nie zobaczyłem mojego pierwszego "prawdziwego" koncertu. Niestety, ten duży i "prawdziwy" gig był dla mnie wielkim rozczarowaniem." Był to Monster of Rock: grali Scorpions, Metallika,Van Hallen i Kingdom Come. Przyszło z 15 tysięcy ludzi, a zespól był tak daleko, itak kiepsko słychać, że zastanawiałem się po co to wszystko." W lecie na koncercie Void w D.C. (Disirict Columbia -przyp. ied.) 1984 spotkałem kilku facetów, którzy szukali gitarzysty do swojej kapeli. Zaoferowałem im swoje usługi, a oni zaprosili mnie na próbę. Band nazywał się Freak Baby. Zostałam przyjęty i tak zaczęła się moja kariera jako punk rockowca. Nagraliśmy kilka koncertów w miejscowym liceum, a jesienią zarejestrowaliśmy demo w lokalnym studio z producentem Barrettem Jonesem. To było moje pierwsze nagranie w prawdziwym cztero-ścieżkowym studio. Przekonaliśmy ludzi z miejscowego punkowego sklepu Smash, żeby sprzedawali nasze kasety i udało nam się sprzedać pięć albo sześć kopii miejscowym skinheadom. Kilka miesięcy późnięj, po wyrzuceniu naszego basisty, miałem okazję odłożyć gitarę i ratować perkusję od walczącego z nią bębniarza, Dave'a. W rzeczywistości raczej lepszy był z niego basista niż bębniarz, więc decyzja o zmianie naszych ról była chyba bardziej logiczna Później zaczął się rozdział pt. Mission Impossible. Ten hardcore'owo -superszybki projekt byt dla mnie okazją wypróbowania na prawdziwej perkusji wszystkich tricków, których nauczyłem się z mojej kolekcji płyt. Nie miałem najmniejszego pojęcia jak ustawić ten cały pieprzony zestaw, ale kochałem bezlitosne walenie w gary. To był rok 1985, przeżywałem wtedy swój hardcore'owy sen." Mission Impossible zagrali swój ostatni koncert w lipcu 1985. Ten rok był bogaty w wiele wspaniałych doświadczeń: otwieraliśmy koncert Troublefunk na jakiejś szkolnej imprezie, tam Mackaye publicznie uznał, że podoba mu się nasz zespół, ja w końcu rozesłałem moje taśmy demo do przyjaciół, których poznałem za pośrednictwem fanzinów. Wydałem nawet split-singla z miejscowymi bohaterami Lunchmeat (obecnie Girls Against Boys). Po zakończeniu działalności Mission Impossible poznałem Reubena Raddinga, świetnego basistę też dopiero co rozwiązanego zespołu A.O.C. Jego pojęcie na temat hardcore'a było raczej nikłe, ale dla mnie nie miało to prawie żadnego znaczenia. Zainstalowaliśmy swój sprzęt w moim domu, wypaliliśmy mnóstwo trawki, napisaliśmy cztery numery i tak narodził się Dain Bramage. Reubel na gitarze i wokalu, Dave (ex-Mission Impossible) na basie i ja cały czas na garach, zaczęliśmy pisać utwór za utworem w nieprawdopodobnym tempie. Zaczęliśmy grać koncerty w naszym rejonie, kiedykolwiek udało nam się je załatwić i zazwyczaj spotykaliśmy się z konsternacją i przerażeniem hardcore'owych dzieciaków. W tym zespole zacząłem naprawdę wykorzystywać swoje rosnące zainteresowanie pisaniem utworów -aranżacjami, dynamiką, różnymi strojeniami, etc. Byliśmy wyjątkowo eksperymentalni, zazwyczaj eksperymentując z ogranymi patentami klasycznego rocka, grając je w hałaśliwy, punkowy sposób. Tak jak w przypadku każdego innego bandu, w którym do tego czasu byłem, nagraliśmy kilka demówek z Barrettem. Po tym jak odkrył nas bębniarz Corrosion Of Conformity, Reed Mullin, dostaliśmy propozycję z niezależnej wytwórni Fartblossom zresztą ku naszemu zaskoczeniu. Połechtani tym faktem i dumni do granic przyzwoitości weszliśmy do 24-ścieżkowego studia koło Annapolis i zarejestrowaliśmy jedyny album Dain Bramage "I Scream Not Coming Down". Ten LP był świetną prezentacją naszej mieszanki rocka, art punka i hardcure'a. Ciągle go lubię
Rok, a może ponad rok później zobaczyłem ogłoszenie "Scream poszukują bębniarza, dzwoń do Franza". W tamtym czasie Scream byli legendarni w D.C. Ta kapela istniała od 1979 albo 80 roku i widziałem ich wiele razy. Ich dwie pierwsze płyty zaliczałem do moich największych faworytów, więc to małe ogłoszenie było dla mnie tym, czego wtedy najbardziej potrzebowałem. To było dla mnie TO, a może nawet jeszcze więcej. Początkowo chciałem zadzwonić do Franza, pograć z nimi raz lub dwa, a potem móc powiedzieć moim przyjaciołom "Muszę grać ze Scream!!!". Zadzwoniłem więc parę razy do Franza i w końcu dostałem odpowiedź. Wyjaśniłem mu, że jestem wielkim fanem jego zespołu i powiedziałem w jakich kapelach grałem do tej pory. Kiedy zapytał o mój wiek, skłamałem i powiedziałem, że mam 20 lat (miałem wtedy chyba 17). Nigdy do mnie nie oddzwonił. Po kilku miesiącach znowu do niego zadzwoniłem. Tym razem przekonałem go, żeby dał mi godzinę lub dwie i umówiłem się z nim na przesłuchanie. Znałem na pamięć wszystkie kawałki Scream jeszcze z czasów gdy próbowałem je grać na perkusji. Miałem nawet kopię ich ostatniego demo. Gdy Franz spojrzał na mnie i spytał "Co chcesz zagrać? Coś Sabbathów, a może Zeppów?", odpowiedziałem "Nieee, zagrajmy może..." i sypnąłem tytułami wszystkich ich utworów. Wydawało mi się, że następne dwie godziny spędziłem w niebie, mogąc grać numery Scream wraz z całą kapelą. Po kilku następnych próbach, widać było coraz wyraźniej, że już na poważnie myślą o przyjęciu mnie do zespołu. Coś takiego jak możliwość dołączenia do składu Scream nigdy przedtem nie przyszło mi do głowy. W tym momencie musiałem rozważyć dwie ewentualności: albo opuszczam moich dwóch najlepszych przyjaciół i podróżuję po świecie z jednym z moich najbardziej ulubionych zespołów, albo zostaję z Dain Bramage mając nadzieję, że nam się uda. Zadzwoniłem do Franza i powiedziałem mu "nie". Wyjaśniłem mu moją sytuację i przeprosiłem. Myślę, że mnie zrozumiał. Kilka tygodni później zaprosił mnie na koncert Scream. To był jeden z najwspanialszych występów tej kapeli, jaki kiedykolwiek widziałem. Zmieniłem wtedy zdanie To była wiosna '87, a ja grałem w jednym z najbardziej szanowanych bandów D.C. Scream nie nagrywał już wtedy dla Dischord, ale podpisaliśmy kontrakt z inną wytwórnią z D.C. Ras Records była wytwórnią o profilu reggae, która próbowała wejść (bez powodzenia) na rynek rockowy. Wrzucono nas do jakiegoś 24-ścieżkowego studia, gdzie z jakimś reggae'owym producentem nagraliśmy czwarty album Scream - "No More Cenzorship". Jesienią 1987 roku wyruszyliśmy na nasze amerykańskie tournee. Miałem wtedy 18 lat i robiłem dokładnie to, co chciałem. Dostawałem wtedy siedem dolców za dzień (!) i jeździłem do miejsc, o których nigdy nawet nie śniłem. A to wszystko z powodu muzyki. Podróżowanie po całym kraju furgonem wraz z pięcioma innymi facetami, zatrzymywanie się na koncert w każdym mieście, spanie na podłodze, oglądanie słońca wschodzącego nad pustynią - to było to czego potrzebowałem. To była rzeczywistość, do jakiej należałem i chciałem należeć. Moja pierwsza wyprawa do Europy była czymś naprawdę zadziwiającym. W marcu 1988 polecieliśmy do Amsterdamu i spędziliśmy dwa następne miesiące grając w Holandii, Francji, Niemczech, Włoszech, Skandynawii, Anglii i Hiszpanii. Graliśmy głównie w squatach (budynki zajęte przez punków, walczących z systemem i policją o swoje prawa do miejsca zamieszkania) i w centrach młodzieżowych, bardzo rzadko w barach lub nocnych klubach. To było wspaniałe. Na większości naszych występów sale były całkowicie wypełnione, jako że Scream był jednym z niewielu amerykańskich hardcore'owych bandów, które już wcześniej odwiedziły Europę. Potem pojechaliśmy na kolejną trasę po Stanach, jesienią powróciliśmy do Europy na trzy miesiące, nagraliśmy płytę koncertową ("Live At Van Hall" w Amsterdamie) i dalej pisaliśmy nowe utwory. W przerwach pomiędzy trasami Scream, coraz więcej przebywałem z Barrettem, pomagając mu w studio w jego solowym projekcie. Miał już napisanych osiem kawałków, mogliśmy więc szybko je przećwiczyć i nagrać. W niektórych utworach grałem na gitarze i basie. Tego lata zdałem sobie sprawę, że jeżeli chcę stworzyć i nagrać jakiś utwór, muszę najpierw nagrać perkusję, potem gitary, bas i wokale. W ten sposób mogłem sprawić, że to wszystko będzie brzmieć jak zespół. Zacząłem więc z kilkoma naprędce wymyślonymi riffami i nagrałem trzy kawałki w niecałe 15 minut. To nie były żadne wielkie dzieła, a jedynie test, czy byłbym w stanie zrobić coś takiego samemu. Później pisałem coraz więcej materiału, z którego część znalazła się na ostatniej taśmie Scream (wydanej później jako "Fumble"), a część została przechowana dla wykorzystania w przyszłości. Wiosną 1990 roku odbyliśmy nasze ostatnie tournee po Europie. Ta trasa naprawdę biła po jajach - 23 koncerty w ciągu 24 dni. To było tak wyczerpujące, że jeden z członków zespołu zrezygnował po połowie koncertów. Całe szczęście szybko znaleźliśmy zastępstwo i mogliśmy spokojnie ukończyć tę całą imprezę. Nagraliśmy nasz kolejny koncertowy album ("Live In Germany") i wróciliśmy do domu. Na drugi dzień po powrocie Peter Strahl (wokalista Scream) i Skeeter (basista) znaleźli w swojej skrzynce pocztowej zawiadomienie o eksmisji. Jedyną logiczną rzeczą w tej sytuacji było wyruszyć znowu w drogę. Zorganizowaliśmy więc pośpiesznie trasę, która okazała się być naszą ostatnią i w lecie 1990 znowu graliśmy koncerty. Nie było to jednak to, czego chcieliśmy. Wiele gigów zostało odwołanych, a na te, które się odbyły, przychodziło bardzo mało ludzi. W połowie trasy odszedł Skeeter. Zdecydowaliśmy, że zostaniemy w Los Angeles i poszukamy sobie nowego basisty. Spotkałem później Buzza Osbourne'a z The Melvins i opowiedziałem mu o naszym ciężkim położeniu. On z kolei poinformował mnie, że jakiś zespół o nazwie Nirvana poszukuje bębniarza. Powiedział, że chłopcy z Nirvany widzieli Scream w San Francisco i naprawdę podobało im się moje granie. Po kilku dniach zebrałem się w końcu na odwagę i zadzwoniłem do faceta o imieniu Krista Novoselica . Wytłumaczyłem mu moją sytuację, ale dowiedziałem się od niego, że ściągnęli już Dana Petersa z Mudhoney i że przygotowują się już z nim na ich nadchodzące tournee po Wielkiej Brytanii. W tej sytuacji życzyłem mu pomyślności i powiedziałem, że jeżeli będą kiedyś w L.A. (które coraz bardziej stawało się moim domem), to żeby do mnie zadzwonili. Tej samej nocy Chris zadzwonił do mnie i zapytał, czy mógłbym przylecieć do Seattle. Kolejna łamiąca serce decyzja: czy mam opuścić moich najlepszych przyjaciół, którzy nauczyli mnie wszystkiego o trasach, graniu, pisaniu, życiu etc. i przeprowadzić się do Seattle, by dołączyć do nowej kapeli i pracować z ludźmi, których nigdy przedtem nie spotkałem. To była najcięższa decyzja, jaką kiedykolwiek musiałem podjąć. Ostatecznie wyniosłem się z Los Angeles i nie oglądałem się za siebie. Wziąłem ze sobą jedynie mój zestaw garów i torbę z ubraniami. Na lotnisku w Seattle przywitało mnie dwóch facetów - największy i najbardziej kościsty, jakich widziałem w moim życiu. Kilka dni później, po szybkim przesłuchaniu i zagraniu numerów z "Bleach", było dla mnie jasne, że zostanę tam na dobre. Oprócz tego zacząłem nagrywać coraz więcej w studio Barretta. Miałem już gotowych chyba sześć lub siedem kawałków i w wolnym czasie w Olimpii wciąż pisałem mnóstwo nowego materiału. Po nagraniu "Nevermind" pojechałem na kilka dni do domu i nagrywałem w lokalnym studio w D.C. Taśmę z tych nagrań słyszała moja przyjaciółka Jenny Toomey, właścicielka wytwórni o nazwie Simple Machines. Słyszała również inne moje nagrania i zapytała, czy byłbym zainteresowany wydaniem tego na kasecie. Trochę się wahałem, bo zawsze byłem bardzo zmieszany, kiedy ktoś słyszał jak śpiewam, ale w końcu powiedziałem "tak", W ten sposób powstało moje alter ego. Kaseta została zatytułowana "Pocketwatch" i była (i wciąż jest) duplikowana z kopii drugiej generacji, którą dałem Jenny kilka miesięcy wcześniej. Kopia ta zawierała wczesne wersje "Winnebago" i "Marigold" (które znalazły się później na stronach B singli Nirvany). Przez pewien czas byłem bardzo zajęty po eksplozji mojej właściwej kapeli, ale zawsze potrafiłem znaleźć sobie trochę czasu, żeby przynieść gitarę i pisać nowe utwory, które nagrywałem po powrocie do domu. W tym czasie Barrett przeprowadził się do Seattle i został moim współlokatorem. W piwnicy mieliśmy ośmiościeżkowe studio, które było do naszej dyspozycji, kiedy tylko mieliśmy jakieś nowe pomysły. Tam właśnie tak naprawdę zacząłem się skupiać na swoich własnych utworach. Po zakończeniu tras po Europie i USA, promujących "Nevermind", mogliśmy w końcu trochę się odprężyć i odpocząć. Miałem czas na to, by wziąć się do pracy w piwnicy. Nagrałem tam "Alone & Easy Target", "Floaty" i z dziesięć albo piętnaście innych kawałków. Potem znowu wyruszyłem w drogę z Nirvaną."
Lato 1992 było dla mnie jak wielki strzał. W Nirvanie nie działo się wtedy zbyt dużo, mogłem więc poświęcić więcej uwagi mojej własnej muzyce. Studio, z którego korzystałem, zostało przeniesione w inne miejsce, my zresztą też. Większość czasu pomiędzy sporadycznymi wypadami Nirvany i moimi wizytami w D.C spędzałem na pisaniu i eksperymentowaniu nad harmoniami i aranżacjami. W tym czasie napisałem numery takie jak "Good Grief" i "Exhausted". Na początku 1993 powstały "Weenie Beenie" i "Podunk". Oprócz nich było wtedy jeszcze mnóstwo innych, ale mam nadzieję, że nikt ich nigdy nie usłyszy. Mniej więcej w tym samym czasie zrobiłem "For All The Cows", a moje rosnące zainteresowanie nagrywaniem coverów popchnęło mnie do nagrania "Ozone" z solowego albumu Ace'a Frehleya i "Gas Chamber" Angry Samoans. Gdzieś w lecie 1993 rozmawiałem z jednym facetem, będącym szefem małej wytwórni w Detroit, nad wydaniem przez niego mojego materiału. Chciałem pozostać anonimowy, ale chciałem również dostać kilka egzemplarzy, które mógłbym wysłać moim przyjaciołom i znajomym. Zbliżało się kolejne tournee Nirvany, więc musiałem odłożyć swoje sprawy na później, ale cały czas niecierpliwie czekałem na okazję, gdy będę mógł doprowadzić to do skutku. Po śmierci Kurta nie bardzo wiedziałem co mam dalej robić. Wydawało się, że wszystko znalazło się za mgłą. Miałem już na zawsze pozostać "tym facetem z zespołu Kurta Cobaina" i dobrze o tym wiedziałem. Nie miałem nawet pewności co do tego, czy chcę jeszcze tworzyć muzykę, l wtedy dostałem kartkę od facetów z innego bandu z Seattie, 7 Year Bitch, którzy również stracili swojego muzyka. Napisali: "Wiemy przez co teraz przechodzisz. Straciłeś chęć grania muzyki, ale wkrótce ją odzyskasz. Nie martw się " Ten pierdolony list uratował mi życie, bo czułem się kompletnie zagubiony w takim samym stopniu, w jakim brakowało mi Kurta. Po tym liście wiedziałem, że mogę robić tylko jedno i że to jest muzyka. Wiem, że to bardzo oklepane stwierdzenie, ale to naprawdę czułem. Zdecydowałem się robić to, co zawsze chciałem, od kiedy sam po raz pierwszy nagrałem utwór. Miałem zamiar wynająć na tydzień 24-ścieżkowe studio, wybrać najlepszy materiał z 30 - 40 numerów, które napisałem i skoncentrować się nad nim w naprawdę profesjonalnych warunkach. Wynająłem więc studio i poskładałem wszystko do kupy. Pierwsze cztery godziny spędziłem na uzyskiwaniu odpowiednich dźwięków. O produkowanie mojego stuffu mogłem poprosić tylko Barretta, jako że byt on jedyną osobą, przed którą czułem się pewnie śpiewając. Przed piątą po południu byliśmy już gotowi do nagrań. W ciągu ostatnich sześciu lat ja i Barrett opracowaliśmy do perfekcji naszą własną metodę nagrywania. Zaczynamy od bębnów, słuchamy playbacku i jednocześnie gramy sobie w głowie melodię, żeby się upewnić czy aranżacje są prawidłowe, następnie dwie albo trzy ścieżki gitary, bas i przechodzimy do następnego numeru, zostawiając sobie wokale na koniec. Tym razem jednak zrobiło się z tego coś w rodzaju gry. Chciałem zobaczyć w jak krótkim czasie mógłbym zrobić piętnaście kawałków, łącznie z nałożeniem wszystkich ścieżek i pozostałymi rzeczami. Podstawowe ścieżki zrobiłem w ciągu dwóch i pół dnia, to znaczy przelatywałem od instrumentu do instrumentu robiąc wszystko w pierwszych podejściach. Wszystkie wokale i surowe miksy zostały ukończone w ciągu jednego tygodnia. Potem trzeba było odpowiedzieć sobie na jedno pytanie - co z tym robić? Popełniłem pierwszy błąd - pojechałem po sto kopii do laboratorium, gdzie duplikowano taśmy. Moim kolejnym błędem była moja ślepa hojność. Ta pierdolona taśma rozprzestrzeniała się jak wirus, przez co moja automatyczna sekretarka była zapełniona ciągłym gadaniem ludzi z wytwórni. Zanim spotkałem Nate'a Mendela, pogrywałem sobie z wieloma różnymi ludźmi. Dziewczyna Nate'a była dobrą przyjaciółką mojej żony. Razem przyszli do nas na przyjęcie z okazji Święta Dziękczynienia. Tej nocy odkryliśmy, że nasz dom jest nawiedzony przez duchy, ale to już całkiem inna historia. Niedługo po poznaniu Nate'a, dałem swoją taśmę Patowi Smearowi. Wiedziałem, że w tej kapeli będą potrzebne dwie gitary, ale nie sądziłem, że Pat chciałby się do czegoś zobowiązać (nie wiedziałem nawet, czy podoba mu się ta muzyka). Ku mojemu zaskoczeniu, nie tylko spodobała mu się taśma, ale od razu wyraził swoje zainteresowanie dołączeniem do zespołu. Teraz już tylko chciałem znaleźć świetnego perkusistę. Ściągnąłem Williama Goidsmitha. Will grał w Sunny Day Real Estate - kapeli Nate'a. Wydali jeden album przez Sub Pop i byli bardzo popularni w Seattle. Wiedziałem trochę na ich temat, chociaż przedtem nigdy ich nie widziałem ani nie słyszałem. Widziałem później kilka ich ostatnich występów w Seattle i ścięło mnie, gdy zobaczyłem i usłyszałem grę Nate'a i Willa. Możecie więc wyobrazić sobie moją pierwszą reakcję, gdy dowiedziałem się o rozpadzie tego zespołu. Dałem im moje taśmy przez przyjaciółkę mojej żony i modliłem się, żeby im się spodobały." Nie chciałem, żeby to był jakiś nienormalny projekt solowy. Nigdy nie uważałem, że Pat, Nate i William mają być jedynie zespołem wspomagającym mnie na scenie. Wiem, że samo założenie tej kapeli przebiegało w trochę dziwny sposób, ale taki dokładnie był mój cel: mieć kolejny band. Zeszliśmy się wszyscy razem i wkrótce stało się jasne, że to właśnie będzie ten następny zespół. Chciałem, żeby każdy miał pełną swobodę co do tego, co chce robić w utworach. Każdy muzyk Foo Fighters jest tak samo ważny jak pozostali."
|